Podawanie leków jeżykowi

Uwaga dla bardzo wrażliwych!
Będzie o karaczanach (owadach karmowych)!

Jeżyki chorują, bo są żywymi istotkami. Odczuwają ból, miewają kaszel, zatrucia pokarmowe, problemy z jelitami i wiele, wiele innych schorzeń.
Często po wizycie u lekarza weterynarii, diagnozie i pierwszym podaniu leku u lekarza zostajemy sami w swojej bezradności i chorobie maluszka.

No bo wiemy jak dawkować ale z podaniem już bywa gorzej.

Są jeżyki, które grzecznie wypiją ze strzykawki podany im roztwór. Ja osobiście spotkałam się z nimi tylko poprzez opowieści innych opiekunów.

Toneczek bardzo chętnie wodę pije ze strzykawki, ponieważ kiedy jako malusi jeżuś chorował, bardzo schudł i odmawiał picia, to ja biegałam za nim ze strzykawką z silikonowym końcem i poiłam go po kropelce. Tak mu już zostało, że z miseczki pije chętnie, ale strzykawka zawsze wygrywa. Ja każdej nocy rozpływam się z miłości do małego, kiedy siada i czeka na picie podane z moich rąk.

Doprecyzuje: strzykawka z wodą, nie z lekiem. Poza wodą Tony ze strzykawki nic nie ruszy.

Instrukcja lekarska, by podać lek z jedzeniem może się nie sprawdzić, bo nigdy nie mamy pewności czy maluch z miseczki zje wszystko, czy jakaś część lekarstwa nie zostanie na ściankach, i czy w ogóle jeżyk zechce jeść jedzonko, jeśli wyczuje w nim lek (toż to wąchacz jest przecież).

Dodatkowo zdarzają się wyjątkowo oporne egzemplarze jeżowe, czyli na przykład mój Tony, który za każdym razem gdy lek jest w formie rozgniecionej tabletki a nie w syropie, to nim pluje. Jeśli do tej pory nie wiedzieliście, to już wiecie, że jeżyki potrafią wypluwać to, co im nie smakuje, i idzie im to wybornie.

U mnie działa zawsze tylko jedna metoda wypracowana na nawracających zapaleniach pęcherza i antybiotykach w syropku.

 To metoda na robala. 

Jako że karaczany argentyńskie (dubia) do małych nie należą, to łapię delikwenta w palce, wstrzykuję w niego lek i podaję bardzo głodnemu Tonusiowi. Lek podaję  w dzień, kiedy śpi. Wkładam rękę pod kocyk, mówię do niego cichutko, żeby się nie wystraszył i podaję unieruchomionego, żywego karaczana prosto z dłoni. Tony jest lekko oszołomiony, że jedzenie przyszło samo i to w ciągu dnia i zjada ze smakiem. Nie zdarzyło się jeszcze, żeby tak podany lek w formie płynnej wypluł. 

Natomiast ta sama sztuczka nie działa w nocy. Jak mały jest obudzony i biega, a ja mu dam robaka z lekiem, czy suplementem to zawsze go wymemla i wypluje. Nie ryzykuję więc nocnego leczenia w obawie, że pogubię się w ilości podanego leku. 

U nas to jedyny i niezawodny sposób. Wypracowałam go, gdy żadne inne nie działały, a ja miałam załamanie nerwowe na samą myśl, że skoro nie potrafię dać małemu leków, to będę musiała codziennie jeździć z nim na podanie zastrzyku w tą małą, jeżową dupkę.

To, że u mnie działa, nie znaczy że zadziała u każdego jeżyka oczywiście. Nie każdy opiekun będzie też na tyle zdesperowany, żeby gołymi rękami łapać karaczany, przeprowadzać na nich operację wstrzykiwania leku i jeszcze żyjące podawać jeżusiowi.
I ja to rozumiem.

U mnie jednak miłość do Tonusia pokonała całkowicie strach i obrzydzenie do karaczanów. Ja nawet w jakiś dziwny sposób nie tyle przyzwyczaiłam się do nich, ale je polubiłam. Koniec końców to najważniejszy posiłek mojego jeżowego chłopczyka. A do podawania leków nadają się wyśmienicie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s