Karaczan dubia-nie taki straszny jak wygląda.

Temat budzący grozę wśród wielu początkujących opiekunów jeżyków.

Wiem o tym doskonale, bo sama histerycznie reaguję na każdego napotkanego w domu pająka, muchę, nie mówiąc już o większych żyjątkach ogrodowych.

Kiedy Toneczek z nami zamieszkał jego dieta była bardzo daleka od właściwej. O tym i o konsekwencjach złego żywienia pisałam w kilku artykułach na blogu. Szczęście w nieszczęściu Tonusiowy brzuszek i jelitka szybko zastrajkowały i gdy po zupełnie nietrafionym leczeniu trafiliśmy w końcu na najlepszą lekarkę jeżową (klik) to od razu do menu wkroczyły karaczany dubia. 

Wkroczyły pełną parą rzekłabym nawet.

Nie wchodząc w zbędne szczegóły, miałam wszystkie objawy zawału serca gdy na nie patrzyłam. Przełożenie ich do wielkiego pudła w którym Tonuś na nie poluje wymagało ode mnie absolutnego bohaterstwa. Myślę, że za te pierwsze dwa tygodnie w towarzystwie dubii powinnam dostać medal odwagi, ewentualnie jakieś odznaczenie.

Tonuś nie od razu załapał, ze to uciekające coś, to jego posiłek.
Każdego dnia wkładałam dubie i Toneczka do pojemnika i czekałam na rozwój wypadków. Tony podczas oswajania z posiłkiem zapoznał mnie z wszystkimi odgłosami jakie potrafi wydawać, a kiedy karaczan wbiegał między jego łapki, to bez problemu mogłam podziwiać jak zdrową i piękną ma skórkę między igłami, w tak ciasną i podskakującą jak popcorn kulkę się zwijał. Po kilkunastu próbach obudził się w nim dziki drapieżnik i karaczany do dziś pozostają podstawą jego posiłków.

Po półtorej roku towarzystwa karaczanów w bardzo bliskim sąsiedztwie potrafię się nimi odpowiednio zajmować, dbać, a obecnie nawet branie żywych do ręki nie sprawia mi kłopotu (ale ta trudna zażyłość przyszła z czasem), nie zliczę ile razy karaczan spadł podczas przekładania i zwiewał z prędkością światła, a ja w panice nakrywałam go tym, co akurat miałam pod ręką, żeby nie wlazł w jakąś szczelinę w mieszkaniu. Bo wtedy z pewnością zaplanowałabym natychmiastową przeprowadzkę.

Teraz słów parę (niezwykle ważnych) o  samym dbaniu o owady karmowe. Skupię się na karaczanach dubia, bo z nimi właśnie mam największe doswiadczenie.

Często spotykam się z opinia, ze karaczan zje wszystko. 

I pewnie tak jest.

Weźmy jednak pod uwagę fakt, że to co damy do zjedzenia karaczanowi trafi w najbardziej przyswajalnej formie do brzuszka naszego jeżusia i wpłynie bezpośrednio na procesy zachodzace w jeżowym ciałku. Tak więc to, czym nakarmimy karaczany nie pozostaje bez znaczenia. Bo jezyk-tak ja czlowiek-jest tym co je.

Kiedy kupujecie karaczany w sklepie zoologicznym są one zwyczajnie głodne (oczywiście istnieją też sklepy zoo które karmią karaczany, jednak ja nie trafiłam na takie), więc po przełożeniu ich do pojemnika, w którym je trzymacie w domu dajcie im jeść. 

Ja karaczany Toneczkowe (dodam, że mam je z doskonałego źródła) karmię marchewką, jabłkiem i cukinią. Bardzo dbam o to, by warzywa i owoce były z upraw ekologicznych, ale i tak nie mam pewności co do spryskiwania ich i zawartości pestycydów, więc zanim karaczany dostaną je do zjedzenia wymaczam warzywa i owoce jakieś 20 minut w wodzie, a później porządnie myję.

Same karaczany mieszkają sobie u mnie w pojemniku na jaszczurkę sporej wielkości (pojemnik jest zupelnie gładki w środku, bo choć dubie nie wspinają się po ściankach i są nielotne, to jeśli mają jakieś wsporniki to na pewno po nich wlezą do góry pojemnika), dobrze wentylowanym. 

Na dnie mają nasypane otręby i obowiązkowo wytłoczki z jajek (absolutnie nie po jajkach ze względu na szczepy salmonelli, a nowe kupione np. na allegro), pod którymi sobie siedzą. Raz na dwa dni dostają nowe warzywa i owoce, bo niestety zdarzyło mi się, że ich pożywienie zaczynało pleśnieć po dwóch dniach. 

Karaczany w pojemniku trzymam w ciemniejszej części mieszkania, bo nie lubią światła, i w ciemności są w miarę ciche, no i oczywiście trzymam je w cieple.

Nigdy nie zdarzyło mi się w karierze Toneczka drapieżcy, by jakiś karaczan go ugryzł, bardziej Tony zakrztusił się odnóżem, czy skrzydłem, ale z tym albo poradził sobie sam po jeżowemu, albo nadeszłam z odsieczą, gdy widzialam, że jednak nie da rady i jest groźnie (o pomocy w zadławieniu pisałam tu).

Jak już dobrneliście do tego miejsca, to widzicie sami, że owadów karmowych boimy się my-opiekunowie jeżyków.
Dla jeżusia to naturalne pożywienie, bo nasze kulki pełne kolców sa drapieżnikami, dzikuskami egzotycznymi. 

Trzeba wziąć pod uwagę fakt, że jeśli karmiło się jeżyka łatwym jedzeniem, które przed nim nie uciekało, to on też potrzebuje czasu by z nowością się zapoznać i rozsmakować w niej.

Jeżyk potrzebuje czasu, a my cierpliwości, by każdego wieczora ponawiać próby karmówkowe.

Nasza cierpliwość zostanie wynagrodzona symfonią mlasków przy pożeraniu owadów i wspaniałym widowiskiem, jakim uraczy nas polujący jeżyk. Uwierzcie mi na słowo, że polujący jeżyk to zachwycający widok.

Dając jeżykowi jako podstawę diety owady karmowe mamy szczęśliwego jeżyka, dostającego pokarm w najlepiej przyswajalnej dla niego formie. Polowanie to również jedno ze wzbogaceń jeżowego życia zgodne z biologią jego gatunku, no i maluch polując dostaje sporą dawkę ruchu.

Pamiętajcie proszę, że owady karmowe jako podstawa diety są doskonałe, jednak trzeba również jeżykowi urozmaicać dietę poza owadami.

Naszym obowiązkiem jest przegląd jeżowego ciałka raz na pół roku, gdzie podczas różnych badań-w tym też krwi-lekarz weterynarii powie nam czy trzeba jeżusiowi co nieco w diecie zmienić, lub wdrożyć suplementację.

Obrazek wyróżniający artykuł: https://pin.it/2sHhkAi

Na FB spotkasz nas tu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s